środa, 26 lutego 2014

Istnieję

Część pierwsza…

*

Serce, które nie istnieje również może poznać siłę miłości

*

Zrodziła się z myśli. I myślą była.
Nieodgadnięta, nieodkryta, niepewna…  a jednak taka zwykła.  Z roku na rok patrzyły na nią te same oczy. Ich pospolita szarość odbijała żar udręczonej duszy.  Duża powierzchnia kryła tyle tajemnic. Byłą tajemnicą. Jej długie, wiotkie ciało skrywało ich tyle, ile tylko mogło.  Jasne, matowe, proste włosy opadały na wystające łopatki. Wąskie usta trzymane w sztywnej linii. I ta niezwykła biel jej policzków.  Była zwykłą, porcelanową lalką. A jednak kryło się w niej piękno. Tak głęboko ukryte, że aż niewidzialne. Do każdego jej członka przyczepiony był sznurek. Dwa włókna splecione ze sobą, które kierowały jej życiem. Była tylko kolejnym wyrobem lalkarza, który kochał swoje dzieło. Ale porzucał je zaraz po ukończeniu. Musiał pracować. Ona również. Świadomość. Prawdopodobnie ją dostała. Jednak obraz był zamazany. Piasek pod powiekami. Ból.  Ostry, przeszywający. Niewielki dreszcz sunący po plecach.
Łza. A może to zwykła woda? Przecież kukła nie płacze! Kapie równomiernie, w rytm uderzeń jej udręczonego serca. To tylko kawał mięsa. Zwykła codzienność. Kap… Kap… Kap… ciche, delikatne mruczenie. Muzyka deszczu. Odpowiedź na jej wołanie. Sposobność do niesienia zła.
Wyszła na scenę. Obcas stukał w idealnym rytmie z parkietem. Ruch, skok, kwestia. Całe życie.  Bezwartościowe słowa. Głośna muzyka ciszy.  Piosenka. Nuty i kilka dźwięków. Wciąż nie jej. Nie ona pisze słowa.  Ale ona jej wypowiada. Bezwiednie, bez uczuć. To tylko ćwierćnuty.  To tylko życie. Szukała, niepewna. Chodziła, zamyślona. Nie mówiła. Słowa nie były jej bronią. Raczej porażką. Jak reszta. Znała to tak dobrze.  A jednak chodziła. Szukała ścieżkami. Krętymi uliczkami kulis teatru. Tam, za sceną była nikim. Zwykłym osobnikiem płci nijakiej. Tajemnica, która odkryła była jej istnieniem. Żywotem jej duszy. Żywym dowodem.
Iskra. Światło, które przecięło ciszę. Zabłysnęła w powietrzu, unoszona dłonią.  Błysk, który oświetlił twarz. A była ona tak czyta, tak nieskalana. Tak niewinna. Miał twarz anioła, którego się bała. Przerażała ją myśl, że musi zeskoczyć ze sceny do niego. Ale on patrzył gdzieś indziej. Przecież była tylko kolejna lalką, po której sprzątał. Płochliwą, porcelanową damą w sukni tak wielkiej, iż uważała ją za więzienie. Materiał był wiezieniem. Więzieniem nie tyle jej ciała, co duszy.  Czyż mógł zobaczyć gwiazdy w jej szklanych ochach? Mógł odpowiedzieć za czyn, którego się nie dopuścił?  Powinien wypowiedzieć słowa, których będzie żałował?  Nawet jeśli… nie zrobił tego. Nie był winny. Winna była dama. Ta kukiełka, której sznury ciasno pętały osobowość. Charakter.
Wzięła oddech. Wyimaginowany. Przecież ona była tylko wytworem z porcelany. Mimo to otworzyła usta. Powietrze przedarł krzyk. Dziki, cichy krzyk. Pełen żalu i niepewności. Pełen cierpienia.  
Unosiła się lekko. Delikatny atłas. Szum. Szelest. Spojrzenie. Ale on wciąż odwraca wzrok. Płomień zapałki igra w  ciemnych włosach. Oczy odbijają podłogę. Nie uznaje uczuć. Jest dobry. To wystarczy. Nie uśmiecha się. Idzie sztywno, niby na wezwanie. Może nie chce wiedzieć, ale odpowiada. Patrzy na jej usta i nie rozumie słów. Mruga. Znów piasek. Gromadzi się przy powiekach. Zatrzaskuje je, odcinając otchłań oczu od świata. Wzrok świdruje. Wzrok męczy. Wzrok wypala  w niej dziurę. Irytacja. I rosnąca ekscytacja. Nie czaka za zaproszenie. Idzie. Ale kroki ustają, gdy upada kolanami na parkiet. Drewno zderza się z porcelaną. Nie pomaga jej, gdy kryształowe łzy zbliżają się się do ziemi. To jej walka. Walka o istnienie.  A jej życie, którego przecież nie chce.     
Ból rozdziera siłę. Siła rodzi potęgę. Potęga to już uczucie. Uczucie jest czymś. Niekoniecznie namacalnym, ale czymś, w co może wierzyć. W co chce wierzyć… ale szarość tęczówek znów nie spotyka się z otchłanią oczu przeciwnika. Kuli się, jak płochliwe zwierzę. Kreatura. Kukła!  
Drewniany maszkarad!
Płacze. Łza, szloch, panika. Łza... Marzyła o wolności. O istnieniu. O czymś, co nigdy nie było jej. I nigdy dane być nie mogło. Pinokio był jej wszystkim. Był ojcem, przyjacielem, wyimaginowaną postacią. Sennym marzeniem. Też chciała być dziewczyną, tez chciała mieć szanse prawdziwie oddychać.  Być częścią tego okrutnego i bezwzględnego świata. Chciała dostać cząstkę siebie. Kim jestem? Pytała go, ale o tylko patrzył poprzez płomień, żałując. Nie była nikim ważnym, nie dla niego. Tylko lalkarz ja kochał. Kiedyś. Na początku. W jego sercu na zawsze pozostanie obraz przepięknej porcelanki na sznurkach. On patrzyła na nią jak na okaz. Nie ten interesujący lecz ten zużyty. Była zużyta. Była niepotrzebna. Ale przecież tego nie czuła. Nie wiedziała, że może kochać… Że może istnieć.
Ostanie spojrzenie przyniosło ból, którego się nie spodziewała. W jakiś przedziwny sposób wiedziała, że ujrzy go jeszcze tylko raz. Ze dziś to prawie pożegnanie. I wtedy kawał mięsa przyczepiony do pustego środka zacznie krwawić. Aż powoli, nieodwracalnie dojdzie do krasu samozniszczenia. Zeschnie. Patrzył na jej buciki. Ładne, ale znów takie zwykłe. Nie spojrzał w jej popielatą barwę oczu. Nigdy tego nie robił. I tym razem nie było wyjątków. Westchnął tylko. Nadymał policzki i wypuścił powietrze. Strumień pomknął ku ogniowi. Ten, spłoszony – zgasł. Zniknął jego obraz.
W ciszy… W mroku pojawiło się jedno słowo. Imię.

Marie.

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Pieniądz – Bóg. Pieniądz – morderca.

*
"Pracując dla samych dóbr materialnych, budujemy sobie więzeienie. Zamykamy się w samotni ze złotem rozsypującym się w palcach, które nie daje nam nic, dla czego warto żyć."
Antoine de Saint-Exupéry
*

         Każdy nerw, każda komórka mojego ciała buntuje się. Nawiedzana sprzecznymi myślami, powoli rozpakowuje pudełko z wielkim, niezgrabnym napisem „przyszłość”, rzucając za siebie podarte skrawki papieru z coraz to nowszymi datami. Ile jesteśmy warci? Nie znam drugiej takiej istoty. Tak pysznej i dumnej. Tak bardzo chciwej. Spójrzmy wkoło. Gwiazdy i księżyc, woda i ogień, ziemia i powietrze. Wszelkie stworzenie… Wszystko to jest darem, jaki otrzymaliśmy. Ogień naszych serc został zwalczony żądzą. Okrutną i nieprzewidywalną. Jej imię przelewa się przez moje usta niczym gorzki ocet. Pieniądz. Dolary, złotówki, euro, funty! Wartości bez wartości. Oplatające ludzkie serca niczym najokropniejsze z gadów. „Zabij, zabij!” szeptają. Kuszą, zwodzą. Kto nie rozumie, że nie są niczym stałym. Kolejna bezwartościowa rzecz w naszym życiu.
         Poszłam szukać zabójcy. Stanęłam na zatłoczonej ulicy. Wkoło tylko spieszący się ludzie. Potrącili mnie raz, drugi, trzeci… Nie, w tym świecie nie ma czasu na postój. Do czego się spieszymy? Uciekamy przed mordercą? Nie! Biegniemy do niego z otwartymi ramionami! Kobieta w modnym, granatowym płaszczu stuka obcasami, biegnąc do taksówki. Po drodze z kieszeni wypada jej dziesięć złotych. Nagle wszyscy się zatrzymują. Błyszczące oczy powiększają się niczym w japońskich kreskówkach. Jest tu. Tak, dokładnie w tym miejscu leży. Niepozorny, delikatny banknot. Kilka dłoni sięga po niego niczym w transie. Pierwsze dosięgają go palce o ładnych, krótko obciętych paznokciach. Jednak inni nie poddają się tak prędko. Zaczyna się walka. Banknot nasiąka krwią. Ileż jej jest na pieniądzach, które stały się centrum naszego życia!  Stając na ulicy, już wiem, co mogę zrobić, żeby zwrócić uwagę tych ludzi. Krzyk nic nie da. Ewentualnie odwróciłoby się kilka osób, myśląc „co za wariatka!”. Jednak nie poświeciliby mi uwagi. Gdybym jednak wyciągnęła banknot i podniosła rękę, miałabym tłumek wokół siebie. Pieniądz – Bóg. Pieniądz – morderca.

         Ilekroć myślę o osiągnięciach społeczeństwa, o tym, co nazywamy cywilizacją, widzę zamknięcie. Antoine de Saint-Exupéry mówi, że pracując dla dóbr materialnych, budujemy więzienie. Dodaje też, że dobrowolnie zamykając się w tych ścianach, nie mamy przy sobie nic, dla czego warto żyć. Otoczeni złotym murem zamykamy się we własnych ciałach z kosztownościami i innymi przedmiotami bez wartości. Zgadzam się, że pieniądze są ważne.  Ciężko jest bez nich przetrwać w obecnych czasach, ale trzeba pamiętać, że nie są świętością. Nie można patrzeć się na życie przez pryzmat monet i banknotów. Żadna z  nich bogini w złoto – srebrnej szacie. Należy pamiętać o innych wartościach. O tym, co naprawdę jest ważne. Co sprawia, że życie warte jest uwagi. Nie waham się więc wysnuć wniosek, że najszczęśliwszy będzie ten, który ma najmniej. Czy jest to nawoływanie do żebractwa?  Oczywiście, że nie! Ale gdy nie będzie bogaczy, ono nie ma sensu. Nie każe też zrezygnować z pracy i zostać pustelnikiem. Ale może wystarczy znaleźć czas na kilka chwil z przyjaciółmi? Może wystarczy przeczytać dzieło jakiegoś mistrza literatury? Albo może wystarczy uśmiechnąć się do przypadkowego człowieka? Warto byłoby nie być obojętnym na drobne przebłyski ostatnich form człowieczeństwa. Jednak po chwili zastanowienia dochodzę do wniosku, że to nie jest możliwe. Postęp cywilizacyjny jest zbyt szybki. Nawet nie jesteśmy w stanie dostrzec, kiedy nastanie moment, gdy ludzkość zaniknie. Pozostaną tylko zautomatyzowane ciała. Widzisz to? Tego człowieka z metalową ręką? Tego mężczyznę przywiązanego do pięknego, szybkiego auta? Tę kobietę z niebotycznie kosztownym, ozdobnym naszyjnikiem? A to dziecko w diamentowym wózeczku, które kołysze robot – niania? Uczucia gdzieś zanikły. Piękno zniknęło w zakamarkach ciemnych, wilgotnych grobów ostatnich ludzi pamiętających czasy, kiedy szczęście dawało coś więcej niż tylko materia. 

piątek, 17 stycznia 2014

Czas minął

*
Nie jesteś w stanie przeciwstawić się sile czasu
*
Czas minął.

Boleśnie uświadamiał sobie, że te słowa są prawdziwe. Nie miał wyboru.  Jeszcze raz spojrzał na swoją żonę.  Długie, proste włosy rozsypane były na poduszce.  Oplatały jej chude, blade ramiona.  Dłonie leżały bezwiednie przy ciele. Zawsze była szczupła… Usta miała blade. Wąskie i zazwyczaj wygięte w uśmiechu.  Nos był troszkę za długi. Uwielbiał, jak go marszczyła.  Najbardziej jednak kochał jej oczy.  Miały odcień czystego błękitu. Był aż nienaturalnie jasne. Gdy się śmiały, miał wrażenie, że należą tylko do niego. Oczywiście teraz były przykryte powiekami i otoczką jasnych rzęs. Nie była wielką pięknością, ale to ona była jego marzeniem. Ona skradła jego serce.  Siedział na brzegu łóżka i patrzył na nią, nie mogą pojąć, jak to się stało, że tu siedzi.  Jej drobniutka twarz w kształcie serduszka była bez wyrazu. Sucha, skamieniała od jakiegoś czasu. Spała. Spała już tak długo, że nie potrafił przypomnieć sobie dzisiejszego dnia.
- Moja Uleńko… - szeptał, choć wiedział, że ona nie jest teraz przy nim. 

*

Mięli dziecko. Patryk był pięcioletnim szkrabem – oczkiem w głowie i mamusi, i tatusia.  Był dzieckiem, którego zawsze pragnął. Miał jej oczy. To była jego prośba, która się spełniła. Chłopczyk był zdrów. Przychodził z nim często, ale nie rozumiał jeszcze, co się dzieje. Dlaczego mamusia leżała cicho?  Dlaczego nie przytulała go na dobranoc? Dlaczego nie ma jej w domu?
 Tysiące kłopotliwych pytań.  
I tylko jedna odpowiedź. Zawsze ta sama.
Mama jest chora.
Ale przecież kiedy Patryk był chory, to musiał zawsze chwilę poleżeć w łóżeczku i już mu przechodziło. Oczywiście nie obywało się bez całusów od mamy. Ale przecież ona sama sobie nie może ich dać, prawda? To może on by jej dawał? I tak chłopak przychodził do niej i całował wilgotnymi usteczkami jej czoło. Ale nie przynosiło to takiego rezultatu na jaki liczył.  Mama stawała mu się obca. Przyzwyczajał już się, że to nie ona czyta mu na dobranoc.  Nie było w tym nic dziwnego. W końcu tatuś też nie jest zły.  Nie ma tak delikatnego głosu jaj mama, ale… i tak dobrze jest zasypiać w jego ramionach.
*

Zawsze ją kochał. Jednak dopiero teraz  zdał sobie sprawę, jak bardzo. Gdy nie było jej obok, dom stał się pusty. Gdy się nie uśmiechała, świat był smutny. Zdawał sobie sprawę, że to ona  zapełniała pustkę, która od zawsze była w jego życiu.
- Kochasz mnie? – bardzo często pytała. Tylko po to, by jej powiedział, że nie potrafi bez niej żyć. Tylko po to, by usłyszeć jego głos.
- Wiesz, że tak… - nieraz nie odpowiadał jej wprost. Chciał, by uwiesiła się mu na ramieniu, przytuliła swój rumiany policzek do jego policzka i pocałowała w ramię.
- No powiedz… - nalegała, a on ulegał.
- Kocham Cię, najdroższa.
*

Nie byli najlepszym małżeństwem pod słońcem. Kłócili się, potem przepraszali, wybaczali.  Pędzili, szukając szczęścia. Znajdywali je na każdym kroku. Ale wciąż było im mało. Wiec organizowali kolejny piknik, kolejne spotkanie z przyjaciółmi.  W tych chwilach było im niewymownie dobrze. Brał ja za rękę i spacerowali po plaży.  Rozmawiali wtedy tak zwyczajnie. Śmiali się, niekiedy smucili. Zawsze razem. Czasem po prostu milczeli. Oboje dobrze wiedzieli, kiedy słowa są zbędne.
- Tak mi tu dobrze – wzdychała i kładła głowę na jego ramię – Chciałabym móc zatrzymać tę chwilę.
- Będzie jeszcze wiele takich chwil. – i rzeczywiście było.

*

Ponad pięć lat temu przyszła cała rozpromieniona do domu. Zapamiętał, że jej oczy lśniły. Że słońce wplątało się w jej długie, rozwiane włosy.  Roześmiała się głośno i podbiegła do niego. Wpadła w jego rozwarte ramiona.  Zaczęła mówić tak nieskładnie, że nie bardzo rozumiał. Wychwycił tylko jedno słowo. „Dziecko”.
- Ula, powtórz – zaśmiał się, choć już przeczuwał, co usłyszy.  
- Nie słuchasz mnie – powiedział lekko urażona, ale szybko o tym zapomniała i oznajmiła -  Będziemy mięli dziecko – ukazała wszystko swoje białe ząbki.
*
Osiem miesięcy później stał przy niej. Całkowicie bezsilny i bezradny. Nie wiedział, co robić.  Ona krzyczała, stękała, jęczała. Widział, jak cierpiała.  To były najtrudniejsze godziny, jakie spędził w swoim dotychczasowym życiu.  Jeśli cierpiała ona i on cierpiał. Zawsze był z nią i tak miało pozostać.  Już w liceum zdecydowali, że przy porodzie on będzie przy niej. Chcieli mieć co najmniej trójkę dzieci. Mięli je wychowywać w spokoju i miłości.
Uwierzył w to, gdy chwilę później trzymał maleńkiego, czerwonego synka, który wrzeszczał w niebo głosy. Całkowitego spienienia doczekał się, gdy zobaczył wyraz żony, kiedy po raz pierwszy spojrzała na ich dziecko. Owoc ich miłości.  
*
Kolejne tygodnie kojarzyły mu się z nieprzespanymi nocami, ciągłym nasłuchiwaniem i zmienianiem pieluch. Zasypaniem na kilka minut o różnych porach dnia i w różnych miejscach.  Karmienie, siedzenie nad podręcznikami i zero życia towarzyskiego. Im jednak to nie przeszkadzało. Przeciwnie – cieszyli się każdym daniem.  Spotykali się na końcu, gdy oboje padali wyczerpani na łóżko. Układała wtedy głowę na jego torsie, on otaczał ja ramieniem. Ta jedna chwila razem im wystarczała, nawet jeśli Patryk budził ich za pół godziny.
*
Miesiące zaczęły przekształcać się w lata.  Ale on doskonale pamiętał pierwszy ząbek, słowo, krok swojego synka.  Niezrażony zbierał zabawki podłogi, gdy po raz który nadepnął na plastikowe autko bosa stopą.  To było normalne. Zawsze czuł wtedy, że jest w domu.
Dom.  
To była ich własna prywatna przestrzeń. Z kapiącym kranem, włączonym żelazkiem, obiadami i dziecięcymi piskami. I powitalnym całusem.  Czuł, że to jest jego miejsce.
On, Ula i Patryk – jedna rodzina. Bardzo szczęśliwa rodzina.

*

Myślał, że będą nierozłączni.  To była miłość od pierwszego wejrzenia i żadna kłótnia nie zdołała tego zmienić. Zawsze powoływali się na to jedno słowo.  Każda przeciwność losu, każda burza nie mogła wygrać z uczuciem, które ich dzieliło. Nawet śmierć. Przysięgli to sobie.
I Przysięgam ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską, oraz to, że cię nie opuszce aż do śmierci.  
*

Któregoś dnia zastał ją płaczącą nad jakąś książką. Nawet nie zauważyła jego wejścia. Był późny wieczór. Właściwie to już noc. Spojrzała na niego wilgotnymi oczami i zaczęła opowiadać. Opowieść była o miłości pewnej starszej pary. Bardzo się kochali, ale kobieta zachorowała. Była nieprzytomna przez osiem lat, dopóki jej mąż wreszcie zdecydował się odłączyć ją całej aparatury.  Urszula płakała przy tym. Zawsze była uczuciowa. I szybko się wzruszała
- To takie piękne, nie uważasz? - mówiła przez łzy.
Przytaknął mruknięciem.
- Kochasz mnie, prawda? – coś w jej głosie kazało mu spojrzeć na nią.
- Oczywiście.
- A co byłoby, gdybym to ja była chora? Gdyby nam przydarzyła się podobna historia?  Tez byś tyle przy mnie siedział?
- Oczywiście – powtórzył.
- To źle – jej twarde słowa zaskoczyły go.  Oczekiwał cichego chlipania i obietnicy, że obudziłaby się tylko dla niego.
- Dlaczego?
- Bo byś mnie znienawidził.  Nie! Nie przerywaj mi! To prawda.  Przychodziłbyś do mnie z miłości i przywiązania. Bo tak trzeba. Bo tak czujesz. Ale zniszczysz własne życie. Będziesz latał od pracy do szpitala. Zapomniałbyś o przyjaciołach, o naszym synku…
- Nie prawda. To mogłoby wyglądać inaczej.
- Wiesz, że mam rację.
- Zawsze masz rację – dodał i pocałował ją. Ona jednak nie dała się zwieść. Spojrzała mu w oczy i stanowczo wyszeptała.
- Jeśli tak by się stało nie pozwolisz, by tak się to zakończyło. Będziesz dbał o nasze dzieci.
- O co mnie prosisz?
- Żebyś pozwolił mi umrzeć, gdy ja nie będę sama mogła decydować. Nie pozwolę, byście mnie znienawidzili. By przeze mnie zniszczyło się wasze życie. 
- No dobrze – odrzekł w końcu. Przecież to wszystko było spowodowane tą powieścią.  Co mu szkodziło tak powiedzieć? Jednak Uli to nie wystarczało.
- Przyrzeknij, że pozwolisz mi umrzeć – powiedziała ostro, ale spokojnie. Bardzo poważnie. Przełknął ślinę. Nie wiedzieć czemu nagle zrobiło mu się duszno.  Po chwili wahania wyszeptał:
Przyrzekam…     

*

Obietnica złożona trzy lata temu wciąż była świeża. Teraz miała się spełnić. Dokładnie dwanaście tygodni temu Ula miała wypadek. Zdawać by się mogło, że to nic groźnego. Jej życiu nic nie zagrażało. A jednak zapadła w śpiączkę. Nic się nie poprawiło od tego czasu. Dziś miał podjąć decyzję.  Miał zadecydować czy odłączą ją od aparatury. Czy dalej miała być sztucznie utrzymywana przy życiu?
Obiecał jej coś.
Ale nie potrafił skazać ją na śmierć.
*

Tamtego dnia wstała o tej samej porze, co zawsze.  Ranek był biegiem codziennych wydarzeń.  Nie potrafił przypomnieć sobie, czy zdarzyło się coś niezwykłego. To miał być dzień jak każdy inny i rzeczywiście tak się zaczął.  Ponieważ nie pracował w soboty to on został z Patrykiem, a Ula pojechała na zebranie. Teraz już nawet nie pamiętał co robili. Ten dzień nie był niezwykły. Spokojny poranek zmienił w najgorszy koszmar jego życia.  Nie było sensu wytykania sobie, że coś zrobił źle. To nie była jego wina, choć tak bardzo pragnął się nią obarczyć. Obwinianie się było by czymś.  Stanowiłoby to część jego. Wiedziałby, że jeszcze żyje, że jest materialny. A tak… czuł się, jakby stracił człowieczeństwo.
… - Słucham? – dźwięk telefonu rozdarł ciszę, która panował w przedpokoju.
- Tak, to ja. O co chodzi? – z każdym kolejnym słowem bladł.  Bezwiednie poruszał wargami, jakby chciał coś powiedzieć.  Nie mógł. Słuchawka upadła z głuchym trzaskiem , uderzając o ścianę.  Oparła się o najbliższą szafkę.
- Tatusiu! Co się stało? Tatusiu! – ktoś szarpał go za nogawkę spodni. Nie potrafił tam spojrzeć.  Stał i nie mógł wydobyć z siebie głosu. Po prostu odpłynął.

*

Długopis włożony był w drżącą dłoń. Wystarczyło tylko się podpisać. Wiec czemu to było takie trudne? Do cholery! Miał wydać na nią wyrok śmierci! Co z tego, że taka była jej wola? Co z tego…? Przecież nie potrafił odebrać jej życia. Siedział, wpatrując się w białą kartkę.  Nie był w stanie poruszyć choćby jednym mięśniem. Odrętwienie, jaki go opanowało, było nie do zniesienia.   Oddychał z trudem.  Ręka opadła na biurko.  Końcówka długopisu dotknęła papieru. Decyzja zapadła. Dokonał wyboru.

*

Jego ciepła dłoń zetknęła się ze skórą na jej nadgarstku. Patrzył na miłość swojego życia i nie wierzył, że oto nadchodzi koniec. Od teraz miał wrócić do codziennej pracy.  Wszystko miało być tak, jak przed wypadkiem. Oprócz niej. Nigdy więcej nie miał już usłyszeć jej śmiechu czy krzyku.  Miała być zaledwie wspomnieniem. Lub nadzieja ostatnich tygodni, że życie powróci do jej drobnego ciała. Ale nie powróciło.  I nie powróci.

*

Leżała spokojnie, jakby odpoczywała. Sen zabrał jej ciału siły. Odchodziła cicho, w spokoju. Inaczej, niż żyła. Nie było ciągłego biegu, śmiechu i wracania. Była tylko cisza. I szloch ją rozdzierający.  Oraz jego usta przy jej policzku.
- Żegnaj, kochana.

Czas minął. 

sobota, 31 sierpnia 2013

Zastrzyk śmierci

*
Wielu spośród żyjących zasługuje na śmierć. A niejeden z tych, którzy umierają, zasługuje na życie. Czy możesz ich im obdarzyć? Nie bądź tak pochopny w ferowaniu wyroków śmierci. Nawet bowiem najmędrszy nie wszystko wie.
John Ronald Reuel Tolkien
*

Izabela Rosiak z niecierpliwością przemierzała kolejne uliczki. Dom znajdował się na uboczu. Porośnięty bluszczem stał od ponad wieku na wzniesieniu i królował nad całą wioską. Potężne mury, które okalały posiadłość, zdawały się być twierdzą, z której nie było ucieczki. Doprawdy nie miała pojęcia, jak ktoś mógłby się tam przedostać. Wokoło stały radiowozy. Podeszła bliżej. Dopiero teraz zobaczyła grupkę gapiów. Oczywiście nie zabrakło reporterów. Morderstwo w tej małej miejscowości wzbudziło nie tylko oburzenie, ale i ciekawość.  Natomiast morderstwo znanej osobistości było skandalem. Niekończące się domysły już zdążyły pojawić się na pierwszej stronie lokalnej gazety. Podniecone szepty rozchodziły się od domu do domu. Nagle wszyscy wybierali sobie tę ulicę na spacer z psem. Powoli przepychała się do bramy wejściowej. Umundurowani mężczyźni już dawno zabezpieczyli teren. Teraz szukali poszlak. Ktoś złapał ją za ramię.
- Panna Rosiak?
-Tak. Miałam się spotkać z komendantem Pakosem- Wysoki młodzieniec tylko skinął głową. Prowadził ją brukowaną ścieżką przez zadbany ogródek. Idealnie przycięte krzewy współgrały z równiutko posadzonymi kwiatami. Na krótko przystrzyżonej trawie nie było choćby jednej niedoskonałości: listka czy kopca kreta. Gdzieniegdzie porozstawiane były kamienne postaci. Całość wyglądała jak z czasopisma o ogrodnictwie. Wszystko na swoim miejscu, piękne i zadbane. Jednak jak dla niej i sztuczne. Niezaburzona równowaga tego miejsca była wręcz nienaturalna. Gdy dotarli do drzwi frontowych, przeszły ją dreszcze. To, co wcześnie wzięła za okazałą budowlę, w rzeczywistości bardziej przypominało zamczysko. Niedostępną twierdzę, która kojarzyła się z zamkiem czarnoksiężnika z bajek. Weszła po kamiennych schodach. Potężne, drewniane drzwi otwarły się z cichym skrzypnięciem. Stanął w nich niski, otyły mężczyzna z dorodnymi wąsami. Jego bystry wzrok od razu spoczął na niej.
- Antoni Pakos- przywitał się oficjalnie- A pani musi być…
- …Izabelą Rosiak. Zgadza się.  Jako prywatny detektyw lubię wiedzieć o co dokładnie chodzi. Oczywiście wiem już co nieco. Boję się jednak, że większość to tylko plotki…
- Tak… Dlatego to właśnie panią poprosiliśmy o współprace. Jest pani mistrzynią w rozwiązywaniu zagadek. A w tej sprawie pewne jest tylko jedno: Jerzy Witczak został zamordowany- Na jego twarzy pojawiła się bezradność. Przez trzydzieści lat nie trafiła mu się sprawa tak tajemnicza. Był doskonały  w swoim fachu- zawsze znajdował prawdziwego winowajcę. A teraz? Nie było nawet tropu. Nic, co wskazałoby podejrzanego… Nic, co pozwoliłoby zbliżyć się do końca tej sprawy…
- Proszę mi przybliżyć wszystkie szczegóły, związane ze śmiercią ofiary, a także co wykazała sekcja zwłok.
- Oczywiście. Wczoraj, czyli 9 września około godziny  16.37 Jerzy Witczak wrócił do domu w bardzo złym humorze, jak przekazała jego gosposia.  Bez kolacji zamknął się w gabinecie. Wtedy ostatni raz widziano go żywego. O 22.00 pani Kalina Cichoń- gosposia- zapukała do jego drzwi, jak co wieczór, aby zameldować, że wychodzi. Nie doczekawszy się odpowiedzi, weszła. Swojego pracodawcę zastała leżącego na podłodze. Natychmiast wezwała pogotowie, ale okazało się, że Witczak już nie żył. Co niezwykłe ktoś postanowił zadać sobie wiele trudu, aby go zamordować. Wybrał śmierć w USA zwaną- wyciągnął kartkę i zaczął cytować-  „zastrzykiem śmierci”. Aby wszystko zadziałało należy zrobić kolejno trzy zastrzyki. Pierwszy z tiopentalu ( w dawce 2-5 gramów)– środka znieczulającego, który miał stłumić wszelki ból. Potem środek zwiotczający zwany pankuronium (100 mg), zatrzymujący oddychanie. Wreszcie chlorek potasu, który błyskawicznie zatrzymuje akcję serca. Przynajmniej tak podejrzewamy, gdyż w ciele ofiary wykryto 3 gramy tiopentalu. Dwa pozostałe znaleźliśmy w strzykawkach znalezionych niedaleko ciała. Wyglądało to tak, jakby sprawca nie miał czasu, aby dokończyć zadanie. Lekarze zaznaczyli, że dożylna dawka tiopentalu sama w sobie powinna być śmiertelna wywołując zapaść układu oddechowego i krwionośnego i śmierć mózgu do 45 minut. Z ich diagnozy to właśnie to było przyczyną zgonu. Śmierć nastąpiła o 20.04. Podanie trucizny lekarze szacują na 19.46.
- Nie uważam, żeby to było mało informacji. Oczywiście musimy postawić wiele tez, ale czytając między wierszami, dowiemy się bardzo dużo. Zastanawia mnie fakt tych dwóch strzykawek. Jak podejrzewam, nie było na nich odcisków palców, prawda?
- Nie. Nie znaleźliśmy też żadnego włosa, kawałka materiału czy jakiejkolwiek rzeczy, która wskazałaby nam sprawcę.
- To może znaczyć, że osoba zaplanowała to bardzo dobrze. Prawdopodobnie przygotowywała się do tego od dłuższego czasu. Była dość zamożna i wpływowa, ponieważ uzyskała trucizny. Nie lubi łatwych i ujmijmy to słowem „oklepanych” rozwiązań, bo w przeciwnym razie po prostu dosypałaby jakiś środków nasennych do filiżanki porannej kawy. Pozostają te dwie strzykawki. Najbardziej skłaniałabym się do tezy, że ich celem jest zmylenie policjantów lub, nazwijmy to ładniej, sprowadzenie śledztwa na inny tor. Niewłaściwy tor.  Oczywiście istniej też opcja,  że  zostały w tym domu przez pomyłkę. Jeśli te 3 gramy tiopentalu powodują śmierć w ciągu 45 min to sprawca albo chciał podać tylko tę truciznę, albo nie starczyło mu czasu. Pytanie, dlaczego? Przecież gosposia była jedyna osobą  w domu co, jak sądzę, wiedział. I na pewno znał zasady, jakie stosowano  w tym domu. Kalina Cichoń zajmowała się swoja pracą i zawsze o 22.00 pukała do gabinetu Jerzego Witczaka, aby zameldować skończona pracę i odebrać zapłatę. Pozwala mi to na stwierdzenie, że coś musiało się wydarzyć, bo czasu miał dostatecznie dużo, aby dokonać całej procedury „zastrzyku śmierci”.  My teraz musimy odpowiedzieć na dwa pytania. Czym to owe coś było? Czy jest jakiś wyższy powód, dlaczego próbuje nas zwieść? Oczywiście pomijając to, że nie chce dać się złapać.
- Ma pani jakieś podejrzenia?
- Niejedno. Wykluczam jednak Kalinę Cichoń. Spotkałam się z nią. Była wyraźnie przerażona, jednak ta osóbka nie ma dość silnego charakteru, aby zabić. 
Spojrzał na nią, przeczesał wąsy, ale nic nie odpowiedział.
*
Usiadła na kanapie z wyrazem zniecierpliwienia. Minęły cztery dni, a ona wciąż stała w miejscu. Cała zbrodnia była jedną, wielką zagadką. Im więcej pytała, tym bardziej miała wrażenie, że ktoś próbuje ją zwieść. Że coś jej umyka. Jakiś ważny, brakujący kawałek, bez którego cała układanka się sypie.  Zaciekawienie mieszkańców powoli malało. Przesłuchała każdego, ale wciąż miała wrażenie, że coś ukrywają. Albo kogoś. Kolejny raz przywołała w myślach Jerzego Witczaka. Niewysoki, szczupły mężczyzna. Zamożny, samotny i zgorzkniały 45-latek. Czy miał wrogów? Odpowiedz była prosta. Wielu. Odnosił sukcesy, a na swoim koncie miał miliony. Taka osoba może narazić się każdemu. Motywem morderstwa mogła być chęć zdobycia pieniędzy. A jednak coś mówiło jej, że to nie o to chodzi. Morderca nic nie ukradł. Więc motywem mogła być zawiść lub chęć zemsty. Przypomniała sobie zeznanie kierowniczki sklepu. „tego dnia włóczył się tu taki jeden... 16 lat, nie więcej….”. Pytanie, co skłoniłoby szesnastolatka do zabicia człowieka? Oczywiście zaraz do niego poszła (w tej mieścinie była tylko jedna osoba, która pasowałaby pod podany wiek, a kierowniczka sklepu była pewna, że był to chłopak). Oskar Nowak był rudym, bladym chłopakiem o przeciętnej urodzie. 6 lat temu sprowadził się tu po pobycie w Indiach. Mieszka z matką. Ojciec- zginął w wypadku samochodowym. Winy nie udowodniono nikomu, bo też nikt nie przeżył. Gdy o tym wspomniała, chłopak mocno zacisnął mieści. Widać, że  jeszcze nie pogodził się z utratą ojca. Jednak jego pełne żalu i czegoś, czego nie do końca potrafiła zidentyfikować, oczy, utkwiły jej w pamięci.  Te zielone tęczówki kryły jakaś tajemnicę… Jednak nie potrafiła znaleźć czegoś podejrzanego w jego zachowaniu. Uprzejmy, spokojny  i nieśmiały. Z pewnością był też skryty i tajemniczy. Grzecznie odpowiadał na wszystkie pytania, pojedynczymi słowami lub krótkimi zdaniami. Jego zainteresowanie tym morderstwem rosło z minuty na minutę…
- Panno Rosiak!- krzyk z pewnością należał do kogoś, kto stał pod jej oknem. Był pełen rozpaczy i przerażania. Podbiegła do okna. Pod płotem stał nie kto inny, jak Oskar. Twarz pobladła mu jeszcze bardziej, a oczy rozszerzyły się ze strachu. Nie wiele myśląc przeskoczyła przez parapet i podbiegła do chłopaka. Spojrzał na nią tak dziwnie. Z głębokim smutkiem i niedowierzaniem- Moja mama… ktoś ją…- słowa utknęły mu w gardle. Z niemą prośba wskazał na swój dom. Szybkim krokiem udała się we wskazane miejsce, co rusz się obracając, w obawie,  że Oskar zemdleje. Gdy dotarli na miejsce, jednym, silny pchnięciem otworzyła drzwi. Pokój wyglądał tak, jak ostatnim razem. Drewniany stolik stał na środku. Na nim leżało kilka zeszytów z wyklejanymi okładkami. Star szafa zajmowała połowę pomieszczenia, sąsiadując z kredensem, sofą i dwoma, prostymi krzesłami. Na bujanym fotelu siedziała pani Nowak. Miała przymknięte oczy. Wydawać by się mogło, że śpi. Gdyby nie jedwabny szalik, zawiązany na szyi kobiety. Podeszła bliżej i spróbowała wyczuć puls. Nie żyła.
- Nic nie słyszałem.. byłem na górze… a gdy zszedłem.. ona… zastałem ją w takiej pozycji- mówił nieskładnie, próbując zatamować łzy, które cisnęły mu się do oczu.
- Morderca wiedział, co robi. Ścisnął w takim miejscu, że ofiara nie ma szans na obronę. Nie jest w stanie krzyknąć- westchnęła- Musimy zawiadomić policję- Wyszła.
Cała sprawa potrwała kilka godzin. Dochodzenie i masa papierkowej roboty. Do tego dochodził załamany syn. Gdy wróciła do domu, opadła na łóżko. Teraz marzyła jedynie o poduszce. Nie miała sił. Cała sprawa dręczyła ja coraz bardziej. Z natury była zarozumiała, wiec nie potrafiła dopuścić do siebie myśli, że nie uda jej się rozwiązać jakiejś zagadki. A wszystko na to wskazywało... Czy to Kalina Cichoń zabiła? A może jej mąż? Lub kolega „po fachu”? Z zamyślenia wyrwał ją głos stłuczonego szkła. Szyba rozsypała się w miliony drobniutkich kawałeczków. Pisnęła cicho. Na drewnianym parkiecie leżał kamyk. Do niego, niestaranie, przywiązana była karteczka. Drżącą ręką odwiązała karteczkę.

Jeśli nie odczepisz się od sprawy Witczaka, skończysz jak on i Nowak. Spróbuj to komuś pokazać, a dopadnę cię, zanim zrobisz trzy kroki…

Nie przejęła się tą groźbą. W zawodzie detektywa było to normalne. Przyjrzała się odręcznie pisanej karteczce. Zdążyła już trochę poznać mordercę. Nie był głupi, wiec szła o zakład, że we wsi nie znalazłaby nikogo, kto miałby taki sam charakter pisma. Po kolei studiowała każdą literkę.
I wtedy dostała olśnienia.
*
Policja, a także większość ważniejszych mieszkańców miejscowości usiadła w kole, wokół dużego stołu. Dwóch inspektorów pilnowało wejścia. W pomieszczeniu panowała grobowa cisza, ale dało się wyczuć rosnącą ekscytację. Zebranie miało ujawnić mordercę.  Izabela stukała palcami o blat stołu.
- Sierżancie Pakos, możemy zaczynać?
- Oczywiście.
- Powinniśmy zacząć od rzeczy oczywistych. To zaoszczędzi nam dodatkowych pytań.  Cztery dni temu przyjechałam tu, aby rozwiązać zagadkę morderstwa niejakiego Jerzego Witczaka. Człowieka sukcesu. Samotny, bogaty biznesmen  który uciekł od gwaru dużego miasta. Czy męczył go pośpiech, w jakim żyli tam ludzie? A może był jakiś inny powód? Zastanawiałam się, dlaczego tak szanowana osoba postanowiła się ukryć. Wiem już, że jej się to nie udało. O godzinie 20.04 wydał ostanie tchnienie. Oczywiście każdy na tej sali wie, jak zginął. „Zastrzyk śmierci”. Doprawdy śmierć, która wymagała wiele wysiłku. Czy nie łatwiej byłoby po prostu udusić Jerzego Witczaka tak, jak panią Nowak? O tak, jestem przekonana, że te morderstwa popełniła jedna osoba.  Ale wróćmy do sprawy… osoba, która tego dokonała podała tylko jedną z substancji, które składały się na „zastrzyk śmierci”. A jednak ta substancja wystarczyła. Pozostałe dwie leżały w strzykawkach, na podłodze. I to mnie zmyliło!- wykrzyknęła nagle- myślałam, że coś musiało się zdarzyć. Coś, co nie pozwoliło sprawcy dokończyć tego, co zaplanował. Ale to coś nigdy nie istniało. Sprawca chciał, żebyśmy tak myśleli. W rzeczywistości nigdy nie pragnął użyć pozostałych trucizn. Myślałam na tym długo, teraz jestem pewna. Ale moja praca nie ograniczyła się do tego. Razem z policją przesłuchiwaliśmy was, co na pewno pamiętacie. Panna Kwiatkowska powiedziała, że  po okolicy kręcił się jakiś chłopak na oko miał 16 lat. Oczywiście szybko go odnalazłam. Mieszka tu tylko jedna taka osoba, która przeprowadziła się tu z Indii. Oskar Nowak. Przesłuchałam go, ale nie wzbudził we mnie podejrzeń. Do tego, dzień później zamordowano mu matkę. Jedyną krewną. Był doprawdy załamany. Kilka godzin później ktoś rozbił szybę pokoju, który wynajmuję, kamykiem z groźbą. Było to odręczne pismo, ale wiedziałam, że nic mi to nie da. Byłam pewna, że gdybym to sprawdziła, nikt was nie miałby identycznego. Wpatrywał się w tą kartkę i nagle doznałam olśnienia. Osoba, która to napisała bardzo starała się zatuszować swój charakter pisma i jej się to udało. Nie mogła jednak wiedzieć, że zwykła kartka w kratkę skojarzy mi się z wymyślnie oklejonym zeszytem, który widziałam podczas przesłuchania. Ktoś, kto go tak potraktował lubił odmienność. I z pewnością nie bał się rzeczy, które wymagały pracochłonności. Zastanawiał mnie tylko fakt, skąd dostał truciznę. Przecież nie była to osoba bogata, jeśli się nie myliłam. Szybko przeszukałam internetową bazę danych. Jestem detektywem, wiec mam do nich dostęp.  W polskiej nie dowiedział się niczego, jednak nie byłam zaskoczona. Przeszukam bazę danych z USA. I znalazłam to, czego szukałam. Proszę państwa- zaczęła swoim dramatycznym, wyuczonym głosem- jestem przekonana w 100%, że morderca siedzi na tej sali. To osoba stosunkowo młoda. Jestem też w stanie powiedzieć, dlaczego zabił. Z zemsty. Jerzy Witczak to ojciec tej osoby. Ojciec, który porzucił swoje dziecko i skazał na lata biedy. A to dziecko nie potrafiło mu tego wybaczyć. Odnalazło ojca, na czarnym rynku zdobyło truciznę i namówiło matkę na przyjazd z USA do Polski. I zabił ojca. Co więcej, dla niepoznaki zabiło tez matkę! Tak, drodzy państwo, poszukiwanym mordercą jest Oskar Nowak!- wybuchło zamieszanie. Policja złapała uciekającego chłopaka, a ludzie stanęli w szoku. Nikt nie spodziewał się, że ten spokojny chłopak mógłby posunąć się do czegoś takiego.
- Nigdy bym na to nie wpadł, panno Rosiak.
- Być może…
- Piekielnie trudna sprawa…
- Tak sprawa, która mogła być moją pierwszą, nierozwiązaną sprawą. Ale nie byłabym sobą, gdyby mi się nie udało, nie uważa pan?

Antoni Pakos tylko sie uśmiechnął. Izabela byłą wspaniałym detektywem, ale miała też kilka wad.  Jedną z ich była ta niezwykła pewność siebie…

wtorek, 20 sierpnia 2013

Nazwali mnie bohaterem - nie znali człowieka

*

Bohaterem nie jest zostać łatwo. Jednak jeszcze trudniej być bohaterem i pozostać normalnym człowiekiem. Czasami to wręcz niemożliwe.

*


         Nie mam wspomnień z dzieciństwa.  Najzwyczajniej w świecie go nie miałem. Nienawidziłem wakacji, nie mogłem mieć planów na przyszłość. Byłem niezwykły. Na moje krótkie życie rzucono klątwę. Ale mi się udało.. Po raz kolejny nazwali mnie bohaterem. Prawda jest taka, że nie znali człowieka, jakim byłem. Nie czułem się kimś wyjątkowym. Po prostu dokonałem wyboru i całkowicie oddałem się temu, co robiłem. Chociaż… Nie wiem nawet czy można to nazwać wyborem. To było po prostu życie. Moje życie. Zwykła szara codzienność do której przywykłem.  Co noc pytałem: dlaczego ja? I choć czekałem do rana – nie dostawałem odpowiedzi. W końcu pogodziłem się z tym, że będę ofiarą albo mordercą. Nie chciałem być żadnym z nich. Były chwile, gdy żałowałem, że tej nocy to mnie wybrał. Mnie, nie Neville’a. Przeklinałem los, pragnąc być w Hogwarcie. Z tą szkołą łączyło mnie wiele. To był mój dom. Nawet jeśli domyślałem się, że przez ten rok panowały tam inne zasady – nie chciałem przyjąć tego do świadomości. Patrzyłem w gwiazdy i pragnąłem poznać przyszłość. Dowiedzieć się czy jest po co się starać? Czy warto…? To pytanie często tkwiło w przestrzeni, rzucone bezmyślnie. Jednak brnąłem dalej, choć wszystko, co wiedziałem mógłbym policzyć na palcach jednej reki.   Zaciskałem zęby na wszystkie niedogodności.
Przecież byłem bohaterem.
Wybrańcem – cedziłem słowa, brzydząc się ich brzmieniem.  
         Ludzkie słowa nie mają granic. Jednego dnia nie wierzą ci. Jesteś głupcem i kłamcą, bo próbujesz powiedzieć im prawdę. Prawdę, która jest niewygodna. Nie wierzą ci, bo nie chcą.  Potem przepraszają. Stajesz się człowiekiem, który uparcie twierdził swoje, choć cały świat mu sie sprzeciwiał. Na końcu stajesz się dla nich nadzieją. Poświęcasz dla nich wszystko, ryzykujesz życie, ale oni i tak w końcu zwątpią. Wystarczy, że się ukrywasz. Jeśli nie działasz otwarcie i śmiało, to znaczy, że nie działasz wcale. To były hasła, które rozbrzmiewały w ich głowach. Głowach, które trzymali w ciepłych mieszkaniach chronionych czarami. Ode mnie oczekiwali tego, że zorganizuje armię i śmiało wkroczę na teren wroga. Nic z tego. Nigdy nie potrafiłem narażać innych. Już samo to, że Ron i Hermiona  byli przy mnie cały czas – napawało mnie lękiem. Narazili nie tylko siebie, ale i swoje rodziny.  A wszystko przez Chłopca, który przeżył…
         Byli moim światełkiem w tunelu. Dzięki im nie oszalałem. Sprawili, że uzmysłowiłem sobie, że muszę walczyć. Muszę wygrać, choćby po to, by ich starania nie poszły na marne. Mozolne poszukiwania, pytania, na które nie znaliśmy odpowiedzi i trudne wybory. To była dla nas codzienność. 
         Wreszcie stanąłem do ostatecznej walki. Niewidzialny nie mogłem zrobić nic. Musiałem działać. Bellatriks nie żyła. Wtedy w moim sercu zagościła iskierka radości. Nawet, gdybym zginął, morderczyni Syriusza również nie żyła. To wystarczyło. Byłem gotowy na śmierć. Jednak wtedy ujrzałem wściekłość w jego oczach. Wybuch, jaki w nim nastąpił, kazał mi się zastanowić. Gniew po stracie innego człowieka był czymś ludzkim. Być może dlatego namawiałem go do skruchy. Odnalazłem w nim coś, co tak żarliwie ukrywał. Tę odrobinę człowieczeństwa. To było nierealne, ale musiałem spróbować. Dać mu szansę nawrócenia. Być może graniczyło to z głupotą. A może była to czysta naiwność. Nie wiem. Nie skorzystał z szansy. Stałem przed nim, byłem spokojny. Pogodzony z losem czekałem na czyjąś śmierć.
„Żaden nie może żyć, gdy drugi przeżyje”
         Słowa przepowiedni dźwięczały mi w uszach. Ona musiała się spełnić. My byliśmy narzędziem, które miało to załatwić. I zadałem sobie pytanie: Czy Harry Potter może istnieć bez Lorda Voldemorta? Harry był człowiekiem, który ratował świat. To była jego misja. Wtedy stał przed nim i czekał, aż wszystko się zmieni. Miał zginąć lub pokonać zło. Wiedział, że to kulminacyjny moment. Że to już koniec tej opowieści. Kolejna kartka miała przynieść porażkę dla niego. Dlaczego porażkę? Bo Harry Potter był pozytywnym bohaterem. Nieskalanym złem, osobą, która nigdy nie zabiła. Teraz miał się splamić lub zginać. Potem uniósł różdżkę. Wypowiedział najprostsze zaklęcie. Ale nie pokonał go. To był jak samobójstwo. Nieświadomie, Czarny Pan, sam siebie skazał na śmierć. Harry odniósł kolejne wielkie zwycięstwo. Gloria chwały otaczała go ze wszystkich stron. Wiwaty, okrzyki radości, łzy wzruszenia. To miał być jego nowy świat. Był szczęśliwy, że tego dokonał. Że mu się udało. Był Wybrańcem, bohaterem, Chłopcem, który przeżył, największym czarodziejem, Białym Panem. Był zbawcą świata czarodziejów – Harrym Potterem.
Był mną.      
         Wygrałem. Ale niszcząc Voldemorta zniszczyłem też i siebie. Zdawało mi się, że zniszczyłem to, co tak naprawdę trzymało mnie przy życiu. Nigdy nie miałem szans planować przyszłości. Ona zawsze była zagadką. Teraz nagle stanąłem przed decyzją. Mogłem sam wybrać, co chcę robić. Sam! Miałem dyktować, jak chcę żyć!  To było nagrodą. Nagrodą za cały koszmar mojego dotychczasowego życia. Tą radosną a zarazem tragiczną noc przesiedziałem samotnie w sowiarni. Patrzyłem na księżyc i wspominałem wszystkich, których wojna pochłonęła. Słyszałem śmiechy na dole, ale sam byłem poważny i skupiony. Przywykłem do samotności. Żeby ocalić przyszłość innych, oddałem śmierci praktycznie wszystkich, których kochałem. Mogłem pytać, gdzie tu sprawiedliwość. Mogłem. Ale nie pytałem.  Widocznie tak musiało być…
         Następnego ranka wszedłem do Wielkiej Sali słysząc powitania z każdej strony. Uśmiechałem się sztucznie, starając cieszyć się z nimi.  Widziałem dwoje najlepszych przyjaciół, którzy, objęci, uśmiechali się do mnie. Widziałem znajome twarze, które szczerzyły się do mnie. I widziałem ją. Spoglądała na mnie odrobinę niepewna. Rude włosy opadały na poszarpaną szatę. Siedziała sztywno. Pragnąłem ja przytulić, ale zamiast tego uśmiechnąłem się tylko. Nie wyróżniłem jej. Doszedłem do stołu nauczycielskiego i pożegnałem się z nowy dyrektorem. Potem odszedłem. Przemierzałem zrujnowane korytarze, depcząc po kamyczkach z klepsydr. Podniosłem jeden czerwony diamencik i włożyłem do kieszeni. To miała być pamiątka. Wyszedłem na błonia i odwróciłem się. Niezdobyta twierdza wyglądała nędznie. Zacisnąłem oczy, nie chcąc utrwalić w sobie tego obrazu. Magiczne bariery były zniszczone, więc deportowałem się. Nie chciałem tłumów, chciałem samotności. Wylądowałem na ścieżce przed domem z numerem 12.  Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że za kilka lat przeprowadzę się do Doliny  Godryka. Do domu, gdzie wszystko się zaczęło…
         Nie wiem, ile dni siedziałem w zamknięciu. Gazety spekulowały, listy leżały na stole. Stworek wrócił razem ze mną, a ja poczułem kolejny przypływ sympatii do tego skrzata.
Dom.
         Grimmauld Place 12 stał się moim domem. Czułem, że właśnie tam mam być. Nie miałem wyrzutów, że zostawiłem przyjaciół. Byli ze swoimi rodzinami. Mięli prawo się nimi nacieszyć. Na pewno też rozumieli, że potrzebowałem chwili dla siebie. Że musiałem odetchnąć, by móc zmierzyć się ze światem. Każdy chciał wywiad, zdjęcie, choćby krótkie słowa. Ja nie chciałem w tym uczestniczyć. Moje uczucia były moją sprawą i nie zamierzałem się z nimi dzielić…
         Nie wiem nawet czy minęły dwa tygodnie, jak ktoś zastukał do drzwi. Z mieszanymi uczuciami podniosłem się. Już wiedziałem, że musi być to ktoś znajomy. Stary zawias stęknął niemiłosiernie, gdy uchyliłem drzwi, wpuszczając światło. W progu stała ona. Promienie słoneczne okalały jej twarz, tworząc złotawą poświatę, która idealnie zlewała się z jej ognistorudymi włosami. Śmiało przeszła przez próg.
„A więc tak bohater świętuje?”
„To mój dom”. Wzruszyłem ramionami napawając się brzemieniem jej głosu. Tak cudownie było znów wsłuchać się w tą muzykę, kiedy usta nie wypowiadały już zaklęć i wojennych okrzyków.  
„Wiesz, że zawsze możesz wrócić do Nory?” Nie wiedziałem. Niby dlaczego chcieliby mnie zobaczyć?  To przeze mnie Fred… zginał. „To też twój dom. Harry, jesteśmy rodziną” Patrzyłem na nią i nagle zapragnąłem zobaczyć Rona i Hermionę. Próbowałem zapanować nad chęcią wyrzucenia jej z tego domu. Żyliśmy w dwóch różnych świtach.  Ona miała swoje normalne życie, a ja… ja dopiero uczyłem się godzić z codziennością.
Odwróciłem się i odszedłem. Pognałem po schodach na górę. Słyszałem, jak idzie za mną. Nie wiem, czy wtedy tego chciałem.
Jakim prawem wchodzi w moje życie?
Nie. Nie chciałem jej tu. Za bardzo bolało. Wspomnienia były zbyt świeże. Odejdź! Krzyczałem od środka i wiem, że ona to widziała. Ból, który malował się na jej twarzy, był wystarczającą odpowiedzią. I wtedy odsłoniłem się przed nią. Nie jestem bez uczuć! Potrzebuję cię! Zostań! Ale wiedziałem, że nie mogę tego od niej żądać… 
Milczałem. Co miałem powiedzieć? Patrzyłem na nią zbolałymi oczami i żałowałem. Czy wiedziała, że to ona musi zrobić pierwszy krok? Domyśliła się, co czuję. Odgadła, że to ona musi podjąć decyzję. Niedowierzenie na jej twarzy ustąpiło miejsca radości. Wpadła w moje ramiona. Pod palcami czułem miękkość jej włosów. Do nozdrzy wdarł się cudowny, kwiatowy zapach.
Och, Harry… tak bardzo mi cię brakowało”
„Tęskniłem”
„Teraz już wszystko będzie dobrze, prawda?”
„Tak. To już koniec.”
„Nie. To dopiero początek…”
         Uwierzyłem jej. Nagle poczułem, że mogę podarować jej normalne życie. Zło już nie istniało. Wtedy, na tym zapleśniałym korytarzu rozpocząłem nowe życie.  Wreszcie miałem to, czego tak bardzo pragnąłem: rodzinę.
         Gdy tego samego wieczoru, objęci, przekraczaliśmy próg Nory, powitały nas okrzyki radości. Nie witali bohatera. Witali mnie – Harry’ego. 
         Od tamtej pory minęło sporo czasu.. Teraz siedzę za biurkiem szefa Biura Aurorów. Na tym drewnianym stole trzymam najcenniejszy skarb, jaki kiedykolwiek mógł mi się zdarzyć. W prostą, olchową ramkę oprawione są dwa zdjęcia. Z góry uśmiecha się do mnie Ginny. Jej wesołe, ciepłe oczy dodają mi sił. To ona nauczyła mnie śmiać się na nowo. To ona pokazywała, jak żyć. Jak wydostać się z tej beznadziejnej pustki, która mnie ogarnęła. To ona zawsze mnie rozumiała. I wreszcie… to ona pokochała osobę, którą byłem i jestem do dziś. Nigdy nie potrafiłem się zmienić, ale też i nigdy nikt tego ode nie wymagał. Przyjęła mnie takim, jakim byłem.
Pod nią stoimy wszyscy. Cała rodziną.
Harry, Ginny, James, Albus i Lily Potterowie.
         Są moją podporą. Ilekroć myślę, że nie dam rady widzę ich. Wiem, że należą do mnie. Do mojego serca. Wiem, że kiedy wrócę – oni będą czekać. Nic mi więcej nie potrzeba.

*

         Nazwisko Harry Potter pozostanie nieśmiertelne. Już na zawsze będzie wybawcą, bohaterem. Jednak mało kto wie,  że istnieje inna strona. Człowiek. Tak, Harry jest tylko człowiekiem. Wielu myśli, że ma większą moc, że jest ponad miarę inteligentny. I, że czyni cuda. Krążą o nim legendy. I dobrze. Bohaterowi potrzebne  są legendy. W tych wizjach jest kimś, o kim marzymy, by się stać. Co do człowieka… Ułożył sobie życie. Pozostaje w cieniu, ale po cichu wciąż ratuje świat. No cóż. Niszczenie zła leży w jego naturze. Och, nie burzcie się! Przecież każdy lubi od czasu do czasu być bohaterem! 
         Czy byłem nim za długo? Hm… nie wiem. Przyzwyczaiłem się do swojej roli. Ale zdradzę mam, że praca bohatera jest okropnie ciężka. Przekazuję wam moje dziedzictwo.  Być może któreś z was poświeci życie i serce na bycie pozytywną postacią z książek. Ale pamiętajcie, że prawdziwe życie, to nie jest opowieść. Ja działam z ukrycia, odszedłem na emeryturę. Ale zło nigdy nie śpi. Za jakiś czas, kiedy mnie już tu nie będzie, zło odzyska kontrolę. To naturalna kolej rzeczy. Proszę was jednak, abyście służyli magii. Ona żyje między wami, trzeba tylko złapać ja za ten francowaty ogon i mocno przytrzymać. A, jeśli to się wam nie uda, odnajdziecie ją w niezwykłych chwilach swojego życia.
         Pamięć o bohaterach nigdy nie przeminie, ale pamiętajcie, że do powstania nowego, lepszego świata przyczyniło się wielu ludzi. Pięćdziesiąt z nich zginęło w Drugiej Bitwie o Hogwart. Również wielu poległo zanim ja przyszedłem na świat. Pamiętajcie o nich, proszę.
         Mam nadzieję, z pokochaliście magiczny świat równie moc, jak ja. To naprawdę wspaniała rzeczywistość. I zdradzę wam, że jest prawdziwa. Istnieje wewnątrz was. W myślach i sercach.

Harry Potter 

***

List został zaadresowany „do wszystkich”. Pisany był w roku 2048, odnaleziony w 2081, przez najstarszego syna Harry’ego - Jamesa Syriusza Pottera, rok po śmierci ojca. Zamieszczamy go na ostatniej stronie biografii, skromnie zatytułowanej „Harry Potter”, autorstwa Joanne Kathleen Rowling wydanej w siedmiu częściach (zgodnie z życzeniem pana Pottera, jako iż „jest to najpotężniejsza magiczna liczba, która dodatkowo przysporzyła mu wielu kłopotów” ).

***

NAPISANE Z POMOCĄ UŻYCZONYCH SCEN I BOHETRÓW Z

-Serii J.K. Rowling „Harry Potter”